Równi i równiejsi w kolejce do lekarza

Kolejka do lekarza jest znośna tylko wtedy, gdy obowiązuje wszystkich. Doniesienia o pozakolejkowych przyjęciach polityków na SOR warszawskiego Szpitala Południowego pokazują, co się dzieje, gdy o kolejności zaczyna decydować pozycja, a nie stan zdrowia — i dlaczego to sprawa praw pacjenta, nie tylko obyczajów.

Pacjenci czekający na ławkach w zatłoczonej szpitalnej poczekalni — archiwalne zdjęcie z 1946 roku

Kolejka w publicznej ochronie zdrowia opiera się na jednej, prostej umowie: o tym, kto wchodzi pierwszy, decyduje stan zdrowia i czas zgłoszenia. Nic więcej. Ta umowa bywa bolesna — czekanie na SOR potrafi trwać godzinami — ale dopóki obowiązuje wszystkich, da się ją znieść. Przestaje obowiązywać w momencie, w którym ktoś może ją ominąć telefonem. Wtedy każda godzina czekania pozostałych zmienia sens: przestaje być ceną wspólnego systemu, a staje się ceną braku znajomości.

Co ujawniły media

Wiosną 2026 roku portal Zero.pl, a za nim m.in. „Rzeczpospolita", opisały doniesienia o preferencyjnym traktowaniu polityków Koalicji Obywatelskiej i osób z nimi związanych na SOR warszawskiego Szpitala Południowego. Według tych relacji — opartych, jak podaje portal, na dokumentacji medycznej i rozmowach z pracownikami — uprzywilejowani pacjenci przechodzili diagnostykę w kilkanaście–kilkadziesiąt minut, podczas gdy pozostali czekali po kilka godzin, a dla wybranych miało funkcjonować osobne pomieszczenie zamiast ogólnej poczekalni. W centrum doniesień znalazł się ówczesny koordynator SOR, wcześniej radny dzielnicy z ramienia Koalicji Obywatelskiej. Szpital odmówił mediom merytorycznej odpowiedzi, zasłaniając się ochroną danych medycznych.

Stan sprawy (ważne). Piszemy o doniesieniach medialnych, nie o ustaleniach sądu. Prokuratura Okręgowa w Warszawie prowadzi dwa śledztwa „w sprawie" — jedno dotyczy niekorzystnego rozporządzenia mieniem szpitala (ponad 558 tys. zł), drugie m.in. niegospodarności, naruszeń zasad triażu i niedopełnienia obowiązków — nikomu nie postawiono zarzutów i nie zapadł żaden wyrok. Kontrole prowadzą też NFZ i Ministerstwo Zdrowia. Były koordynator SOR odrzuca doniesienia jako nieprawdziwe i zapowiada kroki prawne; obowiązuje domniemanie niewinności. Nie przesądzamy niczyjej winy — opisujemy problem systemowy, który te doniesienia odsłaniają.

Finansowy wątek tej samej sprawy — rozliczenia dyżurów, wyceny świadczeń i konstrukcję systemu, która do drenażu zachęca — rozkładamy osobno: Pasą się kosztem NFZ — anatomia patologii. Tutaj chodzi o coś innego: o równość dostępu i prawa pacjentów, którzy zostali w poczekalni.

Kto naprawdę ma prawo wejść bez kolejki

Kolejność udzielania świadczeń jest w Polsce szczegółowo uregulowana prawem. Ustawa o świadczeniach opieki zdrowotnej (art. 20 i nast.) nakazuje prowadzić listy oczekujących według kolejności zgłoszeń i kryteriów medycznych. Na SOR działa dodatkowo segregacja medyczna — triaż — uregulowana w rozporządzeniu Ministra Zdrowia z 27 czerwca 2019 r. w sprawie szpitalnego oddziału ratunkowego. Pacjent dostaje jedną z pięciu kategorii pilności: od czerwonej (natychmiastowy kontakt z lekarzem) przez pomarańczową (do 10 minut), żółtą (do 60), zieloną (do 120) po niebieską (do 240 minut) — kryterium jest wyłącznie stan zdrowia.

Ustawa zna też wyjątki — i właśnie dlatego są one tak wymowne. Art. 47c zawiera zamknięty katalog osób uprawnionych do świadczeń poza kolejnością: kobiety w ciąży, osoby ze znacznym stopniem niepełnosprawności, zasłużeni dawcy krwi i przeszczepu, inwalidzi wojenni, kombatanci, poszkodowani weterani, działacze opozycji antykomunistycznej i kilka innych grup. Ustawodawca przemyślał, komu i za co należy się pierwszeństwo. Polityka w tym katalogu nie ma. Radnego, posłanki ani ich rodzin — również.

Dlatego „telefon do koordynatora" jest czymś więcej niż nieelegancją. Kolejka na SOR to gra o sumie zerowej: personel, gabinety i tomograf są jedne, więc każdy przyjęty bez uzasadnienia medycznego przesuwa w tył kogoś, kto na swoją kategorię pilności uczciwie czeka. W poczekalni oddziału ratunkowego bywają ludzie, dla których dodatkowa godzina ma znaczenie kliniczne. Nieformalne pierwszeństwo dla znajomych władzy narusza więc wprost prawa pozostałych pacjentów — do równego traktowania i do świadczeń w kolejności wynikającej z ich stanu zdrowia, nie z cudzych układów. Podważa też coś trudniejszego do odbudowania: zaufanie, że publiczny szpital jest wspólny.

Co proponuje Razem

Od apeli o przyzwoitość skuteczniejsze są instytucje, które utrudniają nadużycia. Deklaracja programowa Razem stawia prawa pacjenta na pierwszym miejscu rozdziału o zdrowiu:

Wyegzekwujemy przestrzeganie praw pacjenta. Dofinansujemy i uzbroimy w szerokie kompetencje kontrolne Rzecznika Praw Pacjenta. Wprowadzimy standardy postępowania zapewniające poszanowanie prywatności, autonomii, godności i prawa do informacji pacjentów i pacjentek, w tym zwłaszcza osób szczególnie narażonych na dyskryminację.— Deklaracja programowa Partii Razem (2025), rozdz. „Zdrowie ponad zyski”, pkt 1, partiarazem.pl

Rzecznik Praw Pacjenta z realnymi kompetencjami kontrolnymi to organ, który w takiej sprawie mógłby działać z urzędu, zanim zajmie się nią prokuratura. Drugi element to postulowany w tym samym rozdziale ogólnokrajowy system rejestracji: jedna, jawna kolejka, w której widać terminy i kolejność, jest z natury trudniejsza do ominięcia niż rozproszone grafiki i uznaniowe decyzje pojedynczego koordynatora. Jak taki system miałby skrócić czekanie dla wszystkich — a nie tylko dla wybranych — opisujemy tu: Jak skrócić kolejki do lekarza? Krajowy system rejestracji.

Kolejka pozostanie uciążliwa, dopóki system jest niedofinansowany — skąd realnie wziąć pieniądze na zdrowie, rozpisuje serwis gospodarczy. Ale uciążliwa i sprawiedliwa to co innego niż uciążliwa i dziurawa — dla tych, którzy nie mają numeru do koordynatora.

Źródła i dalsza lektura