Pasą się kosztem NFZ — anatomia patologii

Publiczne pieniądze na leczenie wyciekają nie przez jeden spektakularny akt kradzieży, lecz przez konstrukcję systemu, który do drenażu zachęca. Głośna sprawa warszawskiego Szpitala Południowego pokazuje to jak w soczewce, a dane NIK o wycenach świadczeń tłumaczą, dlaczego takich spraw jest więcej, niż się wydaje.

Długa sala historycznego szpitala z rzędami łóżek — chłodna, instytucjonalna przestrzeń publicznej ochrony zdrowia

Publiczne pieniądze na leczenie rzadko znikają w jednym spektakularnym akcie kradzieży. Wyciekają raczej powoli, przez konstrukcję systemu, który — od sposobu wyceniania świadczeń po ciche przyzwolenie na to, by ten sam lekarz pracował po obu stronach kolejki — sam do drenażu zachęca. Głośna sprawa warszawskiego Szpitala Południowego pokazuje ten mechanizm jak w soczewce, a dane Najwyższej Izby Kontroli o wycenach świadczeń tłumaczą, dlaczego podobnych spraw jest w publicznej ochronie zdrowia znacznie więcej, niż wybija się na czołówki.

Szpital Południowy — co ustalili dziennikarze

Sprawę warszawskiego Szpitala Południowego na Ursynowie opisały wiosną 2026 roku kolejne redakcje. Jak donoszą media, w centrum uwagi znalazł się Dawid Kacprzyk, koordynator tamtejszego SOR, wcześniej radny dzielnicy z ramienia Koalicji Obywatelskiej. Według doniesień portalu Zero.pl i „Rzeczpospolitej" na szpitalnym oddziale ratunkowym dochodziło do pozakolejkowego przyjmowania polityków KO i osób z nimi związanych, a rozliczenia dyżurów samego koordynatora budziły wątpliwości — w relacjach medialnych mowa o grafikach sięgających kilku tysięcy godzin rocznie, dyżurach liczonych w dziesiątkach godzin z rzędu i zarobkach rzędu miliona kilkuset tysięcy złotych w skali roku.

Stan sprawy (ważne). To są doniesienia medialne, a nie ustalenia sądu. Prokuratura Okręgowa w Warszawie prowadzi dwa śledztwa „w sprawie" (dotyczące m.in. niekorzystnego rozporządzenia mieniem szpitala na kwotę 558 558,70 zł oraz niedopełnienia obowiązków), bez postawienia zarzutów konkretnej osobie i bez wyroku. NFZ prowadzi kontrolę. Dawid Kacprzyk zaprzecza doniesieniom i zapowiada kroki prawne; obowiązuje domniemanie niewinności. Piszemy tu wyłącznie o tym, co podały media i co robi prokuratura — nie przesądzamy niczyjej winy.

Niezależnie od tego, jak zakończy się to konkretne postępowanie, sprawa dotyka pytania szerszego niż jeden szpital i jeden lekarz: dlaczego publiczny system w ogóle dopuszcza sytuacje, w których tak łatwo o wątpliwość, czy pieniądz podatnika trafił tam, gdzie miał trafić.

Dlaczego to nie wypadek, tylko konstrukcja

Odpowiedź zaczyna się od tego, jak w Polsce wycenia się świadczenia. Taryfy, według których NFZ płaci szpitalom i przychodniom, ustala Agencja Oceny Technologii Medycznych i Taryfikacji na podstawie danych kosztowych zbieranych od placówek. Problem w tym, że system taryfikacji od lat kuleje.

Dane NIK. Najwyższa Izba Kontroli ustaliła, że plan taryfikacji świadczeń zrealizowano jedynie w 32,6%, a dla około 1500 świadczeń taryf w ogóle nie opracowano. Przy niespójnej rachunkowości kosztów w placówkach jakość danych, na których opiera się wycena, pozostaje niska.

Kiedy jedne procedury są hojnie wycenione, a inne niedoszacowane, powstaje prosty bodziec: opłaca się robić masowo to, co przynosi zysk, i unikać tego, co przynosi stratę. Prywatny podmiot na kontrakcie z NFZ może wybrać sobie z koszyka świadczeń najbardziej dochodowe, powtarzalne procedury i zostawić publicznym szpitalom to, co trudne, kosztowne i nierentowne. Płacenie „od procedury" premiuje liczenie punktów, a nie leczenie pacjenta, i to właśnie ono otwiera pole do gry systemem — od naginania sprawozdawczości po wybieranie łatwych przypadków.

Jeden lekarz po obu stronach kolejki

Drugie źródło patologii to zatarcie granicy między publicznym a prywatnym. Ten sam lekarz potrafi przyjmować w publicznej placówce, gdzie termin wypada za wiele miesięcy, i prywatnie, gdzie na tę samą wizytę u tej samej osoby czeka się kilka dni. Kolejka w publicznym systemie staje się wtedy — świadomie albo nie — zachętą, żeby zapłacić prywatnie. Program Partii Razem nazywa to zjawisko wprost:

Polski system ochrony zdrowia należy do najgorzej finansowanych w Unii Europejskiej, a prywatne firmy medyczne pasą się kosztem NFZ. (…) Wreszcie skończymy z nieuczciwymi praktykami tych lekarzy, którzy łączą pracę w ramach NFZ z prywatną praktyką.— Deklaracja programowa Partii Razem (2025), rozdz. „Zdrowie ponad zyski”, partiarazem.pl

Skalę problemu widać w badaniu Naczelnej Rady Lekarskiej „PERSPEKTYWA 27" z 2026 roku, w którym ponad 71% ankietowanych lekarzy opowiedziało się za oddzieleniem kolejek, grafików i rozliczeń między sektorem publicznym a prywatnym — najostrzej w przypadku osób decydujących o kolejności przyjęć i o kontraktach. Zarazem spora część środowiska broni się przed całkowitym zakazem łączenia obu sektorów, co pokazuje, jak politycznie trudna jest twarda wersja rozdzielenia i jak wygodny bywa dla części lekarzy dzisiejszy, nieostry stan.

Diagnoza jest więc dość spójna: słabe wyceny, płacenie od procedury i mieszanie sektorów składają się na system, w którym drenaż publicznych pieniędzy bywa nie tyle wyjątkiem, ile przewidywalnym skutkiem reguł. Jak to naprawić — nie łataniem, lecz zmianą samych reguł — rozkładamy w drugim tekście: Albo publiczne, albo prywatne — jak Razem odcina drenaż z NFZ.

Źródła i dalsza lektura